ROZDZIAŁ 1
Otworzyłam oczy. Promienie słońca wpadały przez okno, zalewając cały pokój światłem. Nade mną stał Opiekun z szklanką zimnej wody, najwidoczniej miał zamiar ją na nie wylać. Uśmiechnęłam się do niego cierpko.
-Już wstaję. Wykąpię się sama, nie ma potrzeby, abyś mnie oblewał wodą.
-Wolałem sprawdzić, czy wstałaś. Nie chcesz chyba spóźnić się na zajęcia ze swoją babką.
-Lepiej, żebym była punktualna, to fakt. Nie lubi, jak się spóźniam.
-Powodzenia. Może Cię nie zje.- Odwrócił się i wyszedł z pokoju.
Tonitrui miał chyba z czterdzieści lat, lekką siwiznę na skroniach, jakieś dwa metry wzrostu i niebywałe poczucie humoru. Gdy byłam mała, myślałam, że jest potworem, ale wytłumaczył mi, że tak naprawdę jest człowiekiem, którego przez przypadek zamieniono w cień czasu- czyli stworzenie służące wiedźmom od zarania dziejów. Na całym świecie jest ich tylko pięćdziesięciu, tyle ile wiedźm.
Zwlokłam się w końcu z łóżka i poszłam do łazienki. W lustrze zobaczyłam tę samą twarz co wczoraj, ale jakże inną od tej sprzed dziesięciu lat. Nie miałam już włosów do pasa, ale na policzku przybyło mi kilka blizn po starciach z Kapłanami. Wykonując rytuały musiałam walczyć z własnymi słabościami. Kapłani byli czymś w rodzaju takich słabości. Są to istoty o małej mocy, niezwykle wredne i uparte. Raz do roku kapłan na trzy dni wchodził do ciała wiedźmy, a ona musiała odróżnić swoje myśli od myśli intruza i go pokonać. Udało mi się to dopiero za trzecim razem, przez pierwsze dwa siedziałam w izolatce, aby nie mógł nigdzie uciec. Wracając do mnie- zmieniłam się. Nie zwracałam zbyt wielkiej uwagi na swój wygląd, ale goście odwiedzający moja nauczycielkę często mnie komplementowali. Nasłuchałam się, jaka to jestem podobna do mojej matki, zaś wcale nie przypominam ojca, który był człowiekiem. Czasem spoglądam na jej obraz. Takie same zielone oczy, czarne włosy, półpełne usta i mały, lekko zadarty nosek. Gdyby nie blizny i wzrost, byłybyśmy takie same. Babcia często mówi, że tylko wzrost odziedziczyłam po ojcu, na szczęście charakter mam po matce, bo inaczej nigdy by mnie nie uczyła.
Szybko wzięłam prysznic i przebrałam się w wygodne dżinsy oraz luźną koszulę. Pewnie babcia chce porozmawiać o rytuale wstąpienia, który odbędzie się za półtorej roku. Wtedy też oficjalnie przejdzie na emeryturę, a ja przejmę jej obowiązki. Wzdrygnęłam się na sama myśl o tym. Przecież mam dopiero szesnaście lat! Nie dam sobie rady sama. Odkąd pamiętam, ona zawsze stała przy mnie, gotowa służyć radą i pomocą. Bez niej będę popełniać błąd za błędem.
Wyszłam z pokoju i skierowałam się do gabinetu babci. Po drodze spoglądałam na portrety przodków i ich przyjaciół. Każdy z nich miał obok siebie jakieś zwierzę. Przypomniało mi się, że dzisiaj mam wybrać swoje. Pewnie dlatego musiałam wstać tak wcześnie. Zapukałam w ogromne, dębowe drzwi, które natychmiast się otworzyły. W środku stało mnóstwo regałów z książkami, masywne biurko oraz kilka foteli. Na jednym z nich siedziała krępa, lekko otyła kobieta, na której ramieniu siedział myszołów. Babcia stała przy jednym z okien. W porównaniu z obcą była wysoka i szczupła, a na biurku siedział orzeł.
- Leano, poznaj Triorchin, hoduje zwierzęta, spośród których wybierzesz swoje.
-Miło mi panią poznać.- kobieta tylko skinęła głową.
-Powinnyśmy iść, będziesz mogła zaraz je zobaczyć. Jestem pewna, że któreś ci się spodoba.
Przez dwadzieścia minut szłyśmy w całkowitym milczeniu, aż naszym oczom ukazała się stajnia. Właściwie było to kilka większych budynków dla zwierząt i dwa małe dla szkolących je ludzi. Obok znajdowało się kilkanaście wybiegów otoczonych siatką. Opiekunka zaprowadziła nas do jednego z nich. Zwierzęta- kilka ptaków, małe gryzonie, psy, koty oraz kilka innych nie wzbudziły we mnie szczególnych uczuć, żadne mi się nie podobało. Nagle do budynku wszedł starszy mężczyzna, prowadząc na sznurze małe, białe lwiątko. Odebrało mi mowę, gdy lew popatrzył na mnie- to moje zwierzę!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz