ROZDZIAŁ 3
Razem z babcią zjadłyśmy obiad,a Sonitus kolejną miskę karmy. Aquilla pocieszała mnie, że pół roku to wcale nie tak długo, a i tak pewnie będę zbyt zajęta, by za nią tęsknić.Muszę nauczyć zachowywać się jak ekscentryczna posiadaczka ogromnej fortuny, aby żaden człowiek nie domyślił się, że jestem inna. Opowiedziałam babci o tym, co się stało w ogrodzie, a ona uśmiechnęła się i podzieliła się swoimi doświadczeniami z Fulgurem, jej orłem. W końcu wstała od stołu i powiedziała
- Muszę iść się spakować. Tobie radzę zrobić to samo.
-Dobrze, już idę.
Spakowałam stos ubrań, kilka książek, pędzle i farby, kocyk Sonitusa, cztery pary butów, trochę kosmetyków oraz kilka płyt z muzyką. Po chwili zastanowienia dorzuciłam też biżuterię, w tym mój ulubiony srebrny pierścionek z bursztynem. Gdy tylko uporałam się z pakowaniem, zeszłam na dół, żeby pożegnać się z babcią. Stała odwrócona tyłem i rozmawiała z Tonitruim. Wolałam nie słuchać ich rozmowy więc odwróciłam się i wzięłam Sonitusa na ręce. Wpatrywał się we mnie wielkimi, złotymi oczami z ufnością. Niemal podskoczyłam, gdy babcia dotknęła mojego ramienia. -Muszę już jechać. Mam nadzieję, że będziesz dobrze się bawić u Ranam.- Aquilla mocno mnie przytuliła, a mi napłynęły łzy do oczu.
-Do zobaczenia za miesiąc.
Jechaliśmy dopiero kilka minut, a lew już spał. Z torebki wyciągnęłam słuchawki i telefon. Zapowiadała się długa podróż, a ja nie miałam zamiaru jej przespać.
Po mniej więcej godzinie zaczęły pojawiać się pierwsze zabudowania miasta o nieznanej mi nazwie. Tak rzadko wychodziłam poza granice posiadłości, więc nigdy nie zastanawiałam się, jak wygląda świat zewnętrzny.Miasto wyglądało dla mnie jak wielki, dobrze oświetlony kopiec mrówek. czułam się dziwnie zaniepokojona, nie lubię tłumów i ścisku. Zanim się spostrzegłam, odpłynęłam.
Obudził mnie głos mojego opiekuna. Otworzyłam oczy. Na dworze było już ciemno. Sonitus przeciągał się właśnie na siedzeniu obok. Uśmiechnęłam się do niego i wygramoliłam się z samochodu. Wyskoczył za mną. Jedynym źródłem światła były teraz otwarte na oścież drzwi rezydencji. Na progu stała niepokojąco znajoma osoba. Kim ona jest?
Nie idź w stronę światła. To ciemność przynosi ukojenie.
piątek, 17 lipca 2015
środa, 29 kwietnia 2015
ROZDZIAŁ 2
Lwiątko usiadło na ziemi i kichnęło. Zafascynowana przyglądałam mu się, a ono mnie. Babcia zauważyła mój wzrok i skinęła na mężczyznę, który przyprowadził młode do nas.
- To Sonitus. Przybył do nas z prywatnej hodowli po śmierci matki. Mieliśmy nadzieję, że lwice się nim zaopiekują, ale nie zwracają na niego uwagi. Jak sami zauważyliście, jest albinosem.- Opiekunka przedstawiła nam pokrótce jego historię.
- Mogłabym go wziąć?
- Jeśli panienka chce. Trzeba go jeszcze trochę podszkolić, myślę, że za tydzień można go będzie odebrać. Sustinere nauczy go kilku rzeczy i sprawdzi, co już umie.- Triorchin wydawała się zadowolona, że pozbyła się problemu.
- Nie muszę go niczego uczyć, proszę pani. On wszystko już umie.- Mężczyzna odezwał się głębokim głosem.
- W takim razie myślę, że możesz zabrać go już teraz.- Babcia odezwała się po raz pierwszy, odkąd przyszłyśmy do stajni.
Sustinere podał mi sznur, a mały podszedł do mnie nieufnie. Pochyliłam się, odwiązałam go, po czym wzięłam na ręce. Obwąchał moje włosy i uspokojony przytulił się do mojej szyi. Był cięższy, niż można by przypuszczać.Babcia wyszła ze stajni, a ja za nią, z Sonitusem śpiącym na moich rękach.
Tym razem droga do domu trwała trochę dłużej, bo nie mogłam iść zbyt szybko, aby nie obudzić podopiecznego. Przed moim pokojem stał Tonitrui z kocem, dwoma miskami, kuwetą i starymi gazetami. Gdy weszliśmy do pokoju, lwiątko się obudziło.
-Mam nadzieję, że nie będzie latał po całej posiadłości i brudził podłogę.
-Nie martw się. Będę go pilnowała.
-Oby. Tylko ty sprzątasz, to twoje zwierzę.
Pokiwałam głową i postawiłam Sonitusa na podłodze, by zaznajomił się ze swoim otoczeniem. Natychmiast podbiegł do mojego łóżka i zaczął piszczeć, bo nie mógł się na nie wdrapać. Podniosłam go do góry i posadziłam na łóżku. Chwilę się rozglądał, po czym dopadł moją poduszkę i zaczął ją tarmosić. Tonitrui uśmiechnął się złośliwie i wyszedł, a ja wzięłam lwa na ręce i powędrowałam do jadalni.
Po śniadaniu ( Ja jadłam naleśniki z dżemem śliwkowym, a Sonitus dostał specjalną karmę) postanowiłam wyjść z nim na spacer, aby się poznać. Gdy postawiłam go na trawie w ogrodzie, od razu pobiegł na zwiady. Usiadłam na ziemi i wystawiłam twarz do słońca. Wtem poczułam się dziwnie lekka, a moje myśli poszybowały daleko.
Co za zapachy! Ile nowych dźwięków. Tu jest dobrze. Mam pełny brzuszek, czuję się bezpiecznie. Moja nowa pani tu jest, mogę robić co chcę, nikt mnie nie skarci. Tu jest ciepło i jasno. Jaki ładny ptak. Odleciał, nie mogę go złapać. Co to za dźwięk? Gdzie moja pani? Zgubiłem ją, muszę wrócić. Jest! Siedzi na trawie, dziwnie się kołysze. Czy coś się jej stało? Muszę ją obudzić.
Wróciłam do rzeczywistości, gdy szorstki języczek polizał mnie po ręce. Sonitus siedział przede mną i obserwował mnie z miną, którą można by uznać za zaniepokojoną, gdyby był człowiekiem. Popiskiwał cicho ze strachu. Pogłaskałam go po łbie, a on, uspokojony, wdrapał się na moje kolana.
Gdy w końcu wróciliśmy do domu, była już trzynasta. Tym razem nie wzięłam go na ręce, tylko dreptał koło mnie. Babcia stała pod moim pokojem.
-Kochanie, musimy porozmawiać.- Zaczęła, gdy weszłyśmy do środka.- Wyjeżdżam na pół roku do Incipiens. W tym czasie Tonitrui zabierze Cię do posiadłości twojej ciotki, która jest człowiekiem. To siostra twojego ojca.
-Sonitus może jechać ze mną, prawda?
-Możesz go wziąć ze sobą, Ranam lubi zwierzęta, ale na litość boską, Leano, nie wspominaj jej o twoich rodzicach. Bardzo przeżywała ich śmierć. Teraz muszę już iść.- Aquilla przytuliła mnie i wyszła z pokoju.
Lwiątko usiadło na ziemi i kichnęło. Zafascynowana przyglądałam mu się, a ono mnie. Babcia zauważyła mój wzrok i skinęła na mężczyznę, który przyprowadził młode do nas.
- To Sonitus. Przybył do nas z prywatnej hodowli po śmierci matki. Mieliśmy nadzieję, że lwice się nim zaopiekują, ale nie zwracają na niego uwagi. Jak sami zauważyliście, jest albinosem.- Opiekunka przedstawiła nam pokrótce jego historię.
- Mogłabym go wziąć?
- Jeśli panienka chce. Trzeba go jeszcze trochę podszkolić, myślę, że za tydzień można go będzie odebrać. Sustinere nauczy go kilku rzeczy i sprawdzi, co już umie.- Triorchin wydawała się zadowolona, że pozbyła się problemu.
- Nie muszę go niczego uczyć, proszę pani. On wszystko już umie.- Mężczyzna odezwał się głębokim głosem.
- W takim razie myślę, że możesz zabrać go już teraz.- Babcia odezwała się po raz pierwszy, odkąd przyszłyśmy do stajni.
Sustinere podał mi sznur, a mały podszedł do mnie nieufnie. Pochyliłam się, odwiązałam go, po czym wzięłam na ręce. Obwąchał moje włosy i uspokojony przytulił się do mojej szyi. Był cięższy, niż można by przypuszczać.Babcia wyszła ze stajni, a ja za nią, z Sonitusem śpiącym na moich rękach.
Tym razem droga do domu trwała trochę dłużej, bo nie mogłam iść zbyt szybko, aby nie obudzić podopiecznego. Przed moim pokojem stał Tonitrui z kocem, dwoma miskami, kuwetą i starymi gazetami. Gdy weszliśmy do pokoju, lwiątko się obudziło.
-Mam nadzieję, że nie będzie latał po całej posiadłości i brudził podłogę.
-Nie martw się. Będę go pilnowała.
-Oby. Tylko ty sprzątasz, to twoje zwierzę.
Pokiwałam głową i postawiłam Sonitusa na podłodze, by zaznajomił się ze swoim otoczeniem. Natychmiast podbiegł do mojego łóżka i zaczął piszczeć, bo nie mógł się na nie wdrapać. Podniosłam go do góry i posadziłam na łóżku. Chwilę się rozglądał, po czym dopadł moją poduszkę i zaczął ją tarmosić. Tonitrui uśmiechnął się złośliwie i wyszedł, a ja wzięłam lwa na ręce i powędrowałam do jadalni.
Po śniadaniu ( Ja jadłam naleśniki z dżemem śliwkowym, a Sonitus dostał specjalną karmę) postanowiłam wyjść z nim na spacer, aby się poznać. Gdy postawiłam go na trawie w ogrodzie, od razu pobiegł na zwiady. Usiadłam na ziemi i wystawiłam twarz do słońca. Wtem poczułam się dziwnie lekka, a moje myśli poszybowały daleko.
Co za zapachy! Ile nowych dźwięków. Tu jest dobrze. Mam pełny brzuszek, czuję się bezpiecznie. Moja nowa pani tu jest, mogę robić co chcę, nikt mnie nie skarci. Tu jest ciepło i jasno. Jaki ładny ptak. Odleciał, nie mogę go złapać. Co to za dźwięk? Gdzie moja pani? Zgubiłem ją, muszę wrócić. Jest! Siedzi na trawie, dziwnie się kołysze. Czy coś się jej stało? Muszę ją obudzić.
Wróciłam do rzeczywistości, gdy szorstki języczek polizał mnie po ręce. Sonitus siedział przede mną i obserwował mnie z miną, którą można by uznać za zaniepokojoną, gdyby był człowiekiem. Popiskiwał cicho ze strachu. Pogłaskałam go po łbie, a on, uspokojony, wdrapał się na moje kolana.
Gdy w końcu wróciliśmy do domu, była już trzynasta. Tym razem nie wzięłam go na ręce, tylko dreptał koło mnie. Babcia stała pod moim pokojem.
-Kochanie, musimy porozmawiać.- Zaczęła, gdy weszłyśmy do środka.- Wyjeżdżam na pół roku do Incipiens. W tym czasie Tonitrui zabierze Cię do posiadłości twojej ciotki, która jest człowiekiem. To siostra twojego ojca.
-Sonitus może jechać ze mną, prawda?
-Możesz go wziąć ze sobą, Ranam lubi zwierzęta, ale na litość boską, Leano, nie wspominaj jej o twoich rodzicach. Bardzo przeżywała ich śmierć. Teraz muszę już iść.- Aquilla przytuliła mnie i wyszła z pokoju.
ROZDZIAŁ 1
Otworzyłam oczy. Promienie słońca wpadały przez okno, zalewając cały pokój światłem. Nade mną stał Opiekun z szklanką zimnej wody, najwidoczniej miał zamiar ją na nie wylać. Uśmiechnęłam się do niego cierpko.
-Już wstaję. Wykąpię się sama, nie ma potrzeby, abyś mnie oblewał wodą.
-Wolałem sprawdzić, czy wstałaś. Nie chcesz chyba spóźnić się na zajęcia ze swoją babką.
-Lepiej, żebym była punktualna, to fakt. Nie lubi, jak się spóźniam.
-Powodzenia. Może Cię nie zje.- Odwrócił się i wyszedł z pokoju.
Tonitrui miał chyba z czterdzieści lat, lekką siwiznę na skroniach, jakieś dwa metry wzrostu i niebywałe poczucie humoru. Gdy byłam mała, myślałam, że jest potworem, ale wytłumaczył mi, że tak naprawdę jest człowiekiem, którego przez przypadek zamieniono w cień czasu- czyli stworzenie służące wiedźmom od zarania dziejów. Na całym świecie jest ich tylko pięćdziesięciu, tyle ile wiedźm.
Zwlokłam się w końcu z łóżka i poszłam do łazienki. W lustrze zobaczyłam tę samą twarz co wczoraj, ale jakże inną od tej sprzed dziesięciu lat. Nie miałam już włosów do pasa, ale na policzku przybyło mi kilka blizn po starciach z Kapłanami. Wykonując rytuały musiałam walczyć z własnymi słabościami. Kapłani byli czymś w rodzaju takich słabości. Są to istoty o małej mocy, niezwykle wredne i uparte. Raz do roku kapłan na trzy dni wchodził do ciała wiedźmy, a ona musiała odróżnić swoje myśli od myśli intruza i go pokonać. Udało mi się to dopiero za trzecim razem, przez pierwsze dwa siedziałam w izolatce, aby nie mógł nigdzie uciec. Wracając do mnie- zmieniłam się. Nie zwracałam zbyt wielkiej uwagi na swój wygląd, ale goście odwiedzający moja nauczycielkę często mnie komplementowali. Nasłuchałam się, jaka to jestem podobna do mojej matki, zaś wcale nie przypominam ojca, który był człowiekiem. Czasem spoglądam na jej obraz. Takie same zielone oczy, czarne włosy, półpełne usta i mały, lekko zadarty nosek. Gdyby nie blizny i wzrost, byłybyśmy takie same. Babcia często mówi, że tylko wzrost odziedziczyłam po ojcu, na szczęście charakter mam po matce, bo inaczej nigdy by mnie nie uczyła.
Szybko wzięłam prysznic i przebrałam się w wygodne dżinsy oraz luźną koszulę. Pewnie babcia chce porozmawiać o rytuale wstąpienia, który odbędzie się za półtorej roku. Wtedy też oficjalnie przejdzie na emeryturę, a ja przejmę jej obowiązki. Wzdrygnęłam się na sama myśl o tym. Przecież mam dopiero szesnaście lat! Nie dam sobie rady sama. Odkąd pamiętam, ona zawsze stała przy mnie, gotowa służyć radą i pomocą. Bez niej będę popełniać błąd za błędem.
Wyszłam z pokoju i skierowałam się do gabinetu babci. Po drodze spoglądałam na portrety przodków i ich przyjaciół. Każdy z nich miał obok siebie jakieś zwierzę. Przypomniało mi się, że dzisiaj mam wybrać swoje. Pewnie dlatego musiałam wstać tak wcześnie. Zapukałam w ogromne, dębowe drzwi, które natychmiast się otworzyły. W środku stało mnóstwo regałów z książkami, masywne biurko oraz kilka foteli. Na jednym z nich siedziała krępa, lekko otyła kobieta, na której ramieniu siedział myszołów. Babcia stała przy jednym z okien. W porównaniu z obcą była wysoka i szczupła, a na biurku siedział orzeł.
- Leano, poznaj Triorchin, hoduje zwierzęta, spośród których wybierzesz swoje.
-Miło mi panią poznać.- kobieta tylko skinęła głową.
-Powinnyśmy iść, będziesz mogła zaraz je zobaczyć. Jestem pewna, że któreś ci się spodoba.
Przez dwadzieścia minut szłyśmy w całkowitym milczeniu, aż naszym oczom ukazała się stajnia. Właściwie było to kilka większych budynków dla zwierząt i dwa małe dla szkolących je ludzi. Obok znajdowało się kilkanaście wybiegów otoczonych siatką. Opiekunka zaprowadziła nas do jednego z nich. Zwierzęta- kilka ptaków, małe gryzonie, psy, koty oraz kilka innych nie wzbudziły we mnie szczególnych uczuć, żadne mi się nie podobało. Nagle do budynku wszedł starszy mężczyzna, prowadząc na sznurze małe, białe lwiątko. Odebrało mi mowę, gdy lew popatrzył na mnie- to moje zwierzę!
Otworzyłam oczy. Promienie słońca wpadały przez okno, zalewając cały pokój światłem. Nade mną stał Opiekun z szklanką zimnej wody, najwidoczniej miał zamiar ją na nie wylać. Uśmiechnęłam się do niego cierpko.
-Już wstaję. Wykąpię się sama, nie ma potrzeby, abyś mnie oblewał wodą.
-Wolałem sprawdzić, czy wstałaś. Nie chcesz chyba spóźnić się na zajęcia ze swoją babką.
-Lepiej, żebym była punktualna, to fakt. Nie lubi, jak się spóźniam.
-Powodzenia. Może Cię nie zje.- Odwrócił się i wyszedł z pokoju.
Tonitrui miał chyba z czterdzieści lat, lekką siwiznę na skroniach, jakieś dwa metry wzrostu i niebywałe poczucie humoru. Gdy byłam mała, myślałam, że jest potworem, ale wytłumaczył mi, że tak naprawdę jest człowiekiem, którego przez przypadek zamieniono w cień czasu- czyli stworzenie służące wiedźmom od zarania dziejów. Na całym świecie jest ich tylko pięćdziesięciu, tyle ile wiedźm.
Zwlokłam się w końcu z łóżka i poszłam do łazienki. W lustrze zobaczyłam tę samą twarz co wczoraj, ale jakże inną od tej sprzed dziesięciu lat. Nie miałam już włosów do pasa, ale na policzku przybyło mi kilka blizn po starciach z Kapłanami. Wykonując rytuały musiałam walczyć z własnymi słabościami. Kapłani byli czymś w rodzaju takich słabości. Są to istoty o małej mocy, niezwykle wredne i uparte. Raz do roku kapłan na trzy dni wchodził do ciała wiedźmy, a ona musiała odróżnić swoje myśli od myśli intruza i go pokonać. Udało mi się to dopiero za trzecim razem, przez pierwsze dwa siedziałam w izolatce, aby nie mógł nigdzie uciec. Wracając do mnie- zmieniłam się. Nie zwracałam zbyt wielkiej uwagi na swój wygląd, ale goście odwiedzający moja nauczycielkę często mnie komplementowali. Nasłuchałam się, jaka to jestem podobna do mojej matki, zaś wcale nie przypominam ojca, który był człowiekiem. Czasem spoglądam na jej obraz. Takie same zielone oczy, czarne włosy, półpełne usta i mały, lekko zadarty nosek. Gdyby nie blizny i wzrost, byłybyśmy takie same. Babcia często mówi, że tylko wzrost odziedziczyłam po ojcu, na szczęście charakter mam po matce, bo inaczej nigdy by mnie nie uczyła.
Szybko wzięłam prysznic i przebrałam się w wygodne dżinsy oraz luźną koszulę. Pewnie babcia chce porozmawiać o rytuale wstąpienia, który odbędzie się za półtorej roku. Wtedy też oficjalnie przejdzie na emeryturę, a ja przejmę jej obowiązki. Wzdrygnęłam się na sama myśl o tym. Przecież mam dopiero szesnaście lat! Nie dam sobie rady sama. Odkąd pamiętam, ona zawsze stała przy mnie, gotowa służyć radą i pomocą. Bez niej będę popełniać błąd za błędem.
Wyszłam z pokoju i skierowałam się do gabinetu babci. Po drodze spoglądałam na portrety przodków i ich przyjaciół. Każdy z nich miał obok siebie jakieś zwierzę. Przypomniało mi się, że dzisiaj mam wybrać swoje. Pewnie dlatego musiałam wstać tak wcześnie. Zapukałam w ogromne, dębowe drzwi, które natychmiast się otworzyły. W środku stało mnóstwo regałów z książkami, masywne biurko oraz kilka foteli. Na jednym z nich siedziała krępa, lekko otyła kobieta, na której ramieniu siedział myszołów. Babcia stała przy jednym z okien. W porównaniu z obcą była wysoka i szczupła, a na biurku siedział orzeł.
- Leano, poznaj Triorchin, hoduje zwierzęta, spośród których wybierzesz swoje.
-Miło mi panią poznać.- kobieta tylko skinęła głową.
-Powinnyśmy iść, będziesz mogła zaraz je zobaczyć. Jestem pewna, że któreś ci się spodoba.
Przez dwadzieścia minut szłyśmy w całkowitym milczeniu, aż naszym oczom ukazała się stajnia. Właściwie było to kilka większych budynków dla zwierząt i dwa małe dla szkolących je ludzi. Obok znajdowało się kilkanaście wybiegów otoczonych siatką. Opiekunka zaprowadziła nas do jednego z nich. Zwierzęta- kilka ptaków, małe gryzonie, psy, koty oraz kilka innych nie wzbudziły we mnie szczególnych uczuć, żadne mi się nie podobało. Nagle do budynku wszedł starszy mężczyzna, prowadząc na sznurze małe, białe lwiątko. Odebrało mi mowę, gdy lew popatrzył na mnie- to moje zwierzę!
Subskrybuj:
Posty (Atom)